Dzień Pandy

Kiedy Hania miała mniej więcej dwa lata, uwielbiała dwie pluszowe przytulanki: kaczkę zwaną Kaką i pandę Po. Przydzieliła też mnie i Arkowi zadanie „dubbingowania” ulubieńców. Ja byłam Kaką, a Arek Po. Niemal każdy mój dzień zaczynał się wtedy od tego samego zawołania. „Mama! Gadaj Kaką!”

Początkowo było to nawet zabawne, ale gdy mijały kolejne miesiące, a moim głównym sposobem komunikacji z dzieckiem było odgrywanie scenek żółtą kaczuszką, poczułam zmęczenie. Pewnego dnia coś się zmieniło. Moja córka z promiennym uśmiechem oznajmiła: „Mama! Pogadaj!” Podekscytowana faktem, że dziecię moje zapragnęło wreszcie porozmawiać ze mną osobiście zapytałam: „A o czym chciałabyś pogadać?”, „Nie chcę. Pogadaj!”, „Oczywiście Kochanie, ale o czym byś chciała pogadać?”, „Mama!Pogadaj!” irytowała się Młoda coraz bardziej. Po kolejnej bezowocnej próbie ustalenia tematu naszej pogadanki, zaczęłam jej opowiadać jakąś historię. Mocno zezłoszczona Hania pobiegła do swojego pokoju, przyniosła swoją ukochaną pandę i oznajmiła mi stanowczo: „Mama! Po gadaj!”

Dzień Pandy

Tamta scenka sprzed pięciu lat stanęła mi przed oczami, gdy zastanawiałam się co napisać przy okazji dzisiejszego święta – Dnia Pandy.

Refleksja jak mnie nachodzi jest zdecydowanie słodko-gorzka. Mam nieodparte wrażenie, że te przeurocze miśki odzwierciedlają całe nasze (ogólnoludzkie) skomplikowane relacje z planetą, na której przyszło nam żyć.

Pamiętam doskonale, jak Hania się smuciła, gdy dowiedziała się, że istnieje całkiem realna możliwość, że jeszcze za jej życia pandy ostatecznie wyginą. Pamiętam też jak szalenie trudno było mi jej wytłumaczyć dlaczego ludzie robią to co robią skazując pandy (choć oczywiście nie tylko) na wyginięcie. Tym bardziej byłam zadowolona, kiedy mogłam jej przekazać cudowną nowinę, że dzięki fantastycznym ludziom dobrej woli i wsparciu finansowemu płynącemu z wielu części świata, można było uznać pandy za gatunek uratowany.

Rozmowy

Relacja ludzie – środowisko naturalne to system naczyń połączonych, który trudno ogarnąć nawet dorosłemu. Wiesz jednak doskonale, że jestem zwolenniczką poważnego rozmawiania z dziećmi na poważne tematy, więc rozmawiałyśmy. Odpowiadałam na przeróżne pytania, opowiadałam o innych zagrożonych gatunkach. Tłumaczyłam, że czasem ludzie boją się jakiś zwierząt, chociaż niepotrzebnie, i dlatego je zabijają. Próbowałam wytłumaczyć jej, że niektórzy ludzie, którzy niewiele wiedzą o świecie, uważają rogi nosorożców za lekarstwa, a jeszcze inni z próżności przyozdabiają się biżuterią z kłów słonia. Rozmawiałyśmy o tym, że każdej istocie należy się szacunek, że jeśli hodujemy zwierzęta aby je potem zjeść, to musimy zadbać o to, żeby nie marnować mięsa. Opowiadałam nawet o hodowlach zwierząt futerkowych.

Oczywiście każda z tych rozmów była dostosowana do poziomu dojrzałości Hani, ale nie próbowałam w fałszywy sposób malować tego świata na różowo. Przy okazji wielu pytań, które w naszych rozmowach usłyszałam, sama wpierw musiałam odnaleźć własną odpowiedź.

Naukowe prognozy dla naszego świata są przerażające. Tak naprawdę nawet niewielkie decyzje każdego z ludzi na świecie mogą okazać się brzemienne w skutki.

Efekt motyla

Popularny „efekt motyla” najbardziej widoczny jest właśnie w ekologii. Jeszcze parę lat temu większość Polaków zapytana co powoduje smog, odpowiedziałaby bez chwili zawahania, że spaliny samochodowe i wieki przemysł. Prawdopodobnie nie widzieli by nic złego w spaleniu plastikowej butelki w piecu. Dziś chyba już wszyscy wiedzą, że największymi winowajcami w problemie smogu są właśnie te palone butelki.

Byliśmy w Polsce ostatnio i mieliśmy przykrość przekonania się osobiście, jak źle pachnie powietrze wieczorami. Hania nie potrafiła zrozumieć czemu ludzie to robią „przecież im też śmierdzi i szkodzi, mamo”. Kiedy słyszę od niej takie słowa, czuję, że misja jakiej się podjęłam, wychowania świadomego człowieka, realizowana jest zgodnie z założeniami. 😉

Please follow and like us: