O Tadku – niejadku…

potatoes-637370_1280

Dziecko, które nie chce jeść doprowadziło do rozpaczy niejednego rodzica. Wiem doskonale, sama mam taki egzemplarz w domu, podobny ma moja przyjaciółka. Nie jest żadną tajemnicą, że do prawidłowego rozwoju dzieci potrzebują różnorodnego i bogatego w składniki odżywcze pożywienia. Nie jest to tajemnicą dla nas dorosłych, nasze dzieci najczęściej mają na ten temat własne zdanie.
Moja H jako noworodek, a potem niemowlak jadała książkowo. Gdy wprowadziliśmy jej pokarmy stałe, chętnie próbowała nowych smaków. Potrafiła spróbować wędliny z chrzanem i mlaskać przy tym. Stopniowo jednak jadała coraz mniej i coraz częściej słyszeliśmy, że tego czy tamtego w ogóle nie ma zamiaru spróbować. Teraz nie próbuje żadnych nowości, a w dodatku wiele z tego co do tej pory jadała, wypadło z jej menu. W tym wszystkim jest nieco dziwaczna, bo na przykład bardzo lubi groszek zielony i brokuły, a całkowicie odmawia jedzenia dżemu i miodu (mimo, że ich spróbowała) „są za słodkie”. Nie jada też jajek – poza tymi ukrytymi w naleśnikach na przykład, chociaż doskonale wie, że tam są (robimy je razem). H jest takim niejadkiem selektywnym – jada swoje ulubione potrawy, ale nie próbuje niczego nowego. Zasada niepróbowania nowości nie dotyczy oczywiście nowych słodyczy.
Synek mojej przyjaciółki w zasadzie jadał wszystko, ale w tak małych ilościach, że włos jeżył się na głowie. Sama nie wiem co gorsze. Do legendy przeszła scenka z naszej pieszej wycieczki. Syn przyjaciółki miał wtedy ze trzy lata, więc wybierając się na dłuższą wyprawę zabraliśmy ze sobą wózek-parasolkę. Wycieczka była całodniowa i mieliśmy zaplanowany obiad, w zasadzie było tak, że miał on być ostatnim punktem przed powrotem do domu. Przy obiedzie (podobnie jak przy wszystkich posiłkach wtedy) B mawiał: „Mamusiu, ja nie mogę jeść, bo jeszcze mam w buzi”. To „jeszcze mam w buzi” było najczęściej przez niego powtarzanym zwrotem w ogóle. W drodze powrotnej Młody zmęczony całodniowym bieganiem zasnął w wózku. Nie obudził się nawet kiedy dojechaliśmy na miejsce. Pora była dość późna, więc rodzice ustalili, że zaniosą go wprost do łóżka. Jego tata podniósł go i wtedy B delikatnie wybudzony wymamrotał przez sen: „Mamusiu, mam jeszcze w buzi…” Tylko jego rodziców to nie ubawiło, teraz wiem czemu.
Istnieje cała grupa teorii wychowawczych odwołująca się do czasów prehistorycznych. Nie ukrywam, że przemawiają one do mnie. Według jednej z nich – tej, która dotyczy właśnie żywienia dzieci – fakt, że w pewnym momencie dzieciaki przestają jeść, jest uwarunkowany przez ewolucję. Banalnie prosta sprawa. Maluchy, które nie chodziły lub chodziły słabo zawsze przebywały w jaskini lub niewielkiej odległości od swojej prehistorycznej matki. Jedzenie też dostawały z jej rąk, więc było ono na pewno bezpieczne. Kiedy jednak osesek zaczynał samodzielnie, swobodnie się poruszać, ewolucja musiała zadbać o jego bezpieczeństwo i włączyła mu unikanie nieznanych potraw, sami wiecie trujące jagody, grzyby i te sprawy. W zasadzie powinniśmy być wdzięczni prehistorycznym niejadkom, bo to dzięki nim istniejemy. 🙂 Czasy się zmieniły, a nasze ewolucyjnie „zaprogramowane” pociechy spędzają nam sen z powiek. Cóż z tego, że naukowcy odkryli zależność dziecięcej niechęci do jedzenia od uwarunkowań ewolucji, skoro inni naukowcy twierdzą, że dzieci powinny jeść zdrowo, a nie stale to samo, choćby były to brokuły jak w przypadku H?
Ilu rodziców tyle pomysłów na przechytrzenie niejedzącego trzylatka. Prośby, groźby, błagania, nagrody, jednodniowe głodzenie (tak, tak z takim aktem desperacji też się spotkałam) i miliony innych mają jeden wspólny mianownik – na dłuższą metę nie działają. Mogą poskutkować doraźnie – dzisiaj rano H wcisnęła od ust i połknęła łyżeczkę jajecznicy (A obiecał jej wymarzoną laleczkę) tylko, że nie ma najmniejszej szansy na to, że od dzisiejszego dnia Młoda stanie się zagorzałą fanką jajek. Powiem więcej, właśnie pozbawiliśmy się największego argumentu: „Skąd wiesz, że tego nie lubisz, skoro nigdy nie spróbowałaś?”. Chociaż… Nie przejmowała się tym za bardzo, twierdząc, że i owszem próbowała kiedyś u swojej prababci (wszystkie nasze babcie zmarły niestety PRZED jej narodzinami).
Pozwólcie, że podzielę się z Wami moją opinią jaki sposób jest najgorszy:
Nigdy w życiu nie gotuj wymyślnej potrawy, nad którą spędzisz całe godziny, tylko dla swojego dziecka, jeśli nie masz stuprocentowej pewności, że ono ją zje. Inna sprawa, gdy pozostali domownicy spałaszują ją ze smakiem, a dziecko dostanie ją przy okazji, wtedy OK. Nigdy nie gotuję dla H potraw, które zajmują mi więcej niż 15 minut, chyba, że należą do jej ulubionej piątki. H potrafi się rozmyślić co do potrawy w trakcie jej przygotowywania. Na przykład: ustalimy, że chce kanapkę z wędliną (łaskawie się zgodzi) i papryką (naprawdę lubi). Zanim jednak wspomniana kanapka dotrze na stół, okazuje się, że ona marzyła o toście z żółtym serem, ketchupem i papryką. Żeby nie było, że narzekam, a w domu mam różowo (kanapka z wędliną, tost z serem): tego typu potrawy H akceptuje tylko dlatego, że ma z góry zapowiedziane, że na kolację o toście z Nutellą nawet pomarzyć nie może. 🙂 Więc sabotuje normalne jedzenie jak może. Gdybym miała zrobić gołąbki, a potem zamienić je na pierogi ruskie to dostałabym ataku szału.
Z tym niejedzeniem mam też trochę osobisty problem. Świetnie pamiętam siebie samą, około sześcioletnią, zalewającą się łzami nad talerzem zupy. Mój Tata fotoamator dokładnie owo zdarzenie (jedno z wielu) utrwalił na kliszy. Miałam to samo, co tu kryć. Teraz jem wszystko, nawet za dużo, któregoś dnia po prostu mi przeszło. Może więc się nie zadręczać tylko robić swoje? Podstawiać pod nos, nie dokarmiać między posiłkami, nie dawać słodyczy przed obiadem, obiecywać słodycze po obiedzie… Może ewolucja wie co robi i nasze dzieci, podobnie jak dzieci z naszego pokolenia i z pokolenia naszych rodziców, dziadków, pradziadków, muszą po prostu ten etap przejść i nie umrą z głodu w międzyczasie?
Tak to sobie tylko napisałam. Każdego dnia, gdy słyszę: „Mamo, ja już nie mogę”, a na talerzu widzę ten sam zestaw, który dwie minuty wcześniej przyniosłam z kuchni, chce mi się wyć do księżyca…

Please follow and like us:
  • Ile czasu trwao napisanie tego wpisu?

    • Ela

      Nawet już nie pamiętam. 🙂 Część moich wpisów powstaje w przez dłuższy czas, pisane fragmentami. Pozdrawiam.