Polskie szaleństwo zakupowe

szaleństwo zakupowe

Porównując się do innych, muszę napisać, że w UK mieszkam niedługo, bo dopiero niespełna cztery lata. Osiągnęłam jednak już ten etap, że wracając z tygodniowego wyjazdu do Polski czuję, że wracam do domu.

Z każdym upływającym miesiącem naszej emigracji czuję też, jak niektóre aspekty polskiego życia stają się dla mnie odległe i dziwne. Pozwól, że wyjaśnię Ci to na konkretnym przykładzie.

Szaleństwo zakupowe

Jeszcze trzy lata temu planując podróż do ojczyzny rezerwowałam sobie specjalny czas na zakupy. Planowałam wypady do ulubionych sklepów odzieżowych, czas na spacery pomiędzy półkami w księgarniach czy buszowanie pośród polskich nowości kosmetycznych, naprawdę sprawiało mi frajdę robienie zakupów w kraju. Z wyjazdu na wyjazd coś się jednak zmieniało. Jako pierwszy na ten fakt zwrócił moją uwagę jeden z naszych polskich kumpli na Wyspach, Tomek. Opowiedział nam scenkę ze swojego wyjazdu na ferie do Polski. Z szelmowskim uśmiechem i błyskiem w oku poinformował nas, że robiąc zakupy w popularnym dyskoncie przeżył prawdziwy szok kulturowy. 🙂 Na czym polegał ów szok? Wyobraź sobie, że kasjerka zaczęła kasować zakupy kolejnego klienta jeszcze zanim Tomek zdążył spakować swoje! Zszokowało Cię to? Jeśli nie, to znaczy, że na pewno nie mieszkasz w Wielkiej Brytanii. 🙂

Dla mnie zakupy w Polsce ostatecznie przestały być przyjemnością w zeszłym roku. Powodów jest kilka i pewnie, jeśli mieszkasz w Polsce, możesz uznać je za błahe.

Po pierwsze

I najważniejsze, powszechne do tego stopnia, że niemal niezauważalne: „Mogę wydać bez grosza?”. Cholera jasna! Nigdy, ale to nigdy nie zdarzyło mi się usłyszeć, że nie dostanę pensa! Przecież to takie proste! Jeśli jesteś właścicielem sklepu i bawisz się z klientami w pseudomarketingowe gierki, to zapewnij ekspedientom w Twoim sklepie potrzebne grosiki, a jeśli nie umiesz tego zrobić, to zaokrąglaj ceny do pełnych złotówek.

Po drugie

Dużo rzadsze, ale dość denerwujące, jest odgórne założenie sprzedawcy, że za duże zakupy (powiedzmy ponad 200 złotych) muszę płacić kartą. Zdarzyło mi się już parę razy zderzyć z terminalem płatniczym, z którego nie zamierzałam skorzystać. 🙁

Po trzecie

I pewnie tym razem akurat nie zdziwi Cię moja obserwacja – dość powszechna nieuprzejmość sprzedawców. Ostatnio Arek wpadł na dość szalony pomysł by w dyskoncie kupić sobie grę komputerową za oszałamiające 9,99 (oczywiście!!!). Obsługa sklepu nawet nie próbowała ukryć swojego niezadowolenia z jego zachcianki. Nie wiedzieć czemu ktoś zamknął ów skarb w gablotce i panie próbowały wszelkimi sposobami zniechęcić Arka do zakupu, który wiązał się z poszukiwaniem kluczyka i jego dysponentki. W pierwszej chwili chciałam opisać tą scenkę z przymrużeniem oka, ale tak naprawdę nie było to zabawne.

Pan Emil

Na koniec opiszę jeszcze zdarzenie, które miałam okazję obserwować jako druga w kolejce do kasy. Zmęczony życiem i mocno z niego niezadowolony pan Emil obsługiwał pewną panią w sieciowym sklepie odzieżowym. Sprawa była skomplikowana, bo klientka zwracała jedną rzecz i kupowała parę innych w dodatku korzystając z wyprzedaży. Nie będę się specjalnie pastwiła nad panem Emilem opisując Ci wszystkie pułapki kasy, w które sam się wpakował, nie wspomnę też o rozciągającym się w nieskończoność czasie obsługi, w końcu mógł być początkującym pracownikiem. Moje oburzenie wywołał sposób, w jaki zblazowany Emil spakował zakupy tej pani. Nawet nie spróbował ich złożyć. Po prostu zwinął byle jak bluzki i spódnice, a potem siłą wcisnął do zbyt małej torby.

Z perspektywy Kanady

Mniej więcej dwadzieścia lat temu Polskę odwiedził mój kuzyn mieszkający wtedy od wielu lat w Kanadzie. Kiedy rozmawialiśmy o jego „zakupowych” doświadczeniach, które oceniał bardzo źle, byłam przekonana, że mocno przesadza. Wtedy byłam pewna, że sklepy i standardy obsługi Polski lat dziewięćdziesiątych nie odstają od standardów zachodnich. Dzisiaj wiem, że okropnie się myliłam. Nawet dwadzieścia lat później znudzone twarze ekspedientek czy nieuprzejmość ekspedientów, w najmniejszym nawet stopniu nie przystaje do tego, do czego przyzwyczajają nas sprzedawcy w innych krajach.

Od pewnego czasu zmieniłam swoje zwyczaje zakupowe i bieganie po sklepach w Polsce ograniczam w zasadzie do księgarni. Muszę jednak poszukać jakiejś małej ze sprzedawcami – molami książkowymi, bo w sieciówkach trudno zasięgnąć rady od oczytanego ekspedienta.

Please follow and like us: