Leki na całe zło

medications-257359_1280

Leki na całe zło

Mam koleżankę farmaceutkę. Od dawna rozmawiamy na temat polskiego uzależnienia od różnego rodzaju medykamentów. Jako naród pochłaniamy ogromne ilości środków przeciwbólowych czy suplementów diety. Z przerażeniem obserwuję reklamy kolejnych środków dostępnych bez recepty.

Polacy kupują lekarstwa polecane przez znajomych albo Goździkową nie konsultując tego ani z lekarzem domowym, ani ze specjalistą. Rozumiem, że czasem trudno się do nich dostać, tylko czy to jest wystarczający powód, żeby ryzykować zdrowie lub nawet życie? Znam przynajmniej parę osób, które przyjmują suplementy niemal na wszystko. Na zdrowe włosy i paznokcie, na skurcze nóg, na zimne stopy, na żylaki, na odchudzanie i wreszcie ogólne preparaty witaminowe. Tylko, że w tych preparatach niektóre składniki się pokrywają, to może prowadzić do zwielokrotniania dawek. Tymczasem witamina A w dużym stężeniu może być toksyczna. Oznacza to, że nie kontrolując ilości spożywanych pigułek możemy sobie poważnie zaszkodzić. Pół biedy jeśli trujemy się my – dorośli. Niestety…

Reklama dźwignią handlu

Bloki reklamowe w polskiej telewizji zapełniają się reklamami lekarstw i suplementów produkowanych z myślą o najmłodszych. Syropki przeciwkaszlowe, przeciwzapalne, przeciwgorączkowe, żele przynoszące ulgę w bolesnym ząbkowaniu, tran z witaminami wspomagający odporność, żelki – suplementy, lizaki przeciwkaszlowe. To wszystko mieści się jeszcze w granicach mojej tolerancji. Rozumiem doskonale, że nie ma konieczności biegania do pediatry z byle przeziębieniem, a tran pijały nawet nasze prababcie.

(EDIT: to czego ostatnio dowiedziałam się o tranach norweskich, zmieniło moje zdanie o jego przydatności)

Ziółka

Pewien opór wzbudzają we mnie medykamenty w stylu syropków wzmagających apetyt. Wiecie doskonale, że mamy problemy z tym jak H je, a raczej jak nie je. Jednak nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy podać jej syrop, który w sztuczny sposób pobudziłby produkcję soków trawiennych, nawet jeśli byłby zrobiony z ziół. Wolę kombinować co i jak podać, zachęcać kształtem czy kolorem albo nawet błagać, ale pójść na skróty? Jestem w stanie wyobrazić sobie bardzo czarny scenariusz, w którym nieodpowiedzialni rodzice pozwalają dziecku objadać się słodyczami, a potem sztucznie wspomagają jego apetyt.

Czy zamiast poić dziecko syropkiem ułatwiającym zasypianie, nie powinniśmy przypadkiem zadbać o godzinkę wyciszenia przed snem? Czy nie zdrowiej poczytać dziecku książkę przed zaśnięciem albo zadbać o stałe pory chodzenia spać, także dla starszych dzieci? Po raz kolejny – nie wyobrażam sobie sytuacji, że H pije taki syropek. Nawet jeśli jest ziołowy – wiele ziół też uzależnia. Mimo, iż nie dałabym tego typu specyfików H, to jestem w stanie zrozumieć, że w akcie desperacji i w porozumieniu z lekarzem, ktoś mógłby po takie leki sięgnąć.

Czopki?

Moja koleżanka zastrzeliła mnie ostatnio inną rewelacją – czopkami uspakajającymi dla najmłodszych. Matko! Czy Wyście poszaleli? Czopki uspakajające dostępne BEZ recepty? Pozostawiam na boku kwestię skuteczności (podobno są homeopatyczne – czyli w mojej opinii niewiele warte), ale nie odpuszczę dwóch zagadnień.

Po pierwsze – forma podania. Czopek? Najgorsza, najbardziej stresująca maluszka forma podania leku. H tylko raz dostała czopek. Glicerynowy. Strasznie ją zaparło, nic nie pomagało i bałam się, że się pochoruje. Skończyło się tym, że ryczałyśmy obie, a czopki wylądowały w koszu. Przynajmniej trochę jej pomogło.

Po drugie – skutki. W jaki sposób niemowlaki dają nam znać, że dzieje się coś nie tak? Są płaczliwe i niespokojne. Płaczą, bo je coś boli, bo są głodne, bo mają mokro, bo potrzebują naszej bliskości. Nie potrafią nam tego powiedzieć, więc płaczą. A co jeśli dostaną taki czopek? Nie dadzą nam nic znać, nie będą potrafiły nam nic zakomunikować. A czyż nie budujemy naszych rodzinnych więzi pokazując sobie nawzajem, że możemy na siebie liczyć? Czy nasze dziecko nie powinno mieć poczucia, że je rozumiemy i zrobimy wszystko by je wspierać?

Proszę nie odcinajmy się od naszych dzieci za pomocą tych czopków. Nie argumentujmy tak, jak jedna z klientek mojej koleżanki (widocznie matki nieco starszego dziecka): „bo jak dostanie ten czopek, to spokojnie bawi się w kącie, a nie czepia się mojej nogi”. Muszę to napisać: to nie była matka stulecia. No i najważniejsze – w aptece, w której pracuje moja koleżanka nie sprzedają tych czopków.

Please follow and like us: