Przejdź milę w moich butach

H należy raczej do pogodnych dzieciaków, dość łatwo przystosowuje się do życiowych zmian. Zazwyczaj jest tak, że to ja zamartwiam się na zapas, a potem okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. Tak było, gdy zaczynała przedszkole w Polsce. Tak było, gdy przeprowadzaliśmy się do Anglii, a ona niewiele mówiła i rozumiała po angielsku. Za każdym razem zaliczałam parę bezsennych nocek, a ona adaptowała się bez problemów. Byłam więc przekonana, że równie gładko pójdzie nam z przeprowadzką. Wyszło jednak inaczej.

Domek z cegieł

Od pierwszych naszych dni w UK, H planowała naszą przeprowadzkę. Domek musiał być zbudowany z cegły (inspiracja rodem z bajki o trzech świnkach), koniecznie musiał też mieć piętro, a konkretniej – schody. 🙂 Wydawało się, że skoro znalazłam dom idealny (ceglany i DWUpiętrowy), bez żalu porzuci stare mieszkanie. Tymczasem przeprowadzka okazała się być trudnym doświadczeniem dla H jak i dla mnie, jako rodzica.

Pierwsze oględziny nowego domu były dla Młodej ekscytujące. Natychmiast wybrała pokój dla siebie i rozpoczęła planowanie umeblowania. Tak było mniej więcej do chwili, w której złożyliśmy aplikację o ten nowy dom. Kiedy H uświadomiła sobie nieuchronność przeprowadzki, zaczęła „tęsknić” za starym. Wieczorami płakała, że kocha swój pokój. Potrafiła siedzieć na łóżku i tulić się do ściany płacząc, że nie chce się wyprowadzać.

„Tęsknota”

Trudno mi było zachować cierpliwość w tych momentach. Mam naturę człowieka-ptaka i naprawdę lubię takie zmiany. Próbowałam pokazywać H jaśniejszą stronę przeprowadzki: ładniejszy i większy pokój; schody, o których marzyła; kawałek ogródka za domem. Tłumaczyłam, że poza miejscem zamieszkania nie zmieni się nic w jej życiu, bo nadal będzie chodziła do tej samej szkoły. Odwoływałam się wreszcie do jej dobrego serduszka tłumacząc, że od powrotu do pracy po prostu potrzebuję osobnej sypialni, żeby się dobrze wysypiać. Nic nie pomagało. Każdy wieczór przynosił czas na refleksję, a co za tym stało, także na płacz i „tęsknotę” za mieszkaniem, w którym wciąż przecież mieszkała.

Rodzicielskie wyzwanie

Do tej pory sądziłam, że najgorszym co może spotkać rodzica, to zobaczyć w swoim dziecku odbicie swoich własnych wad. Jak bowiem zwalczać coś, co jest częścią Ciebie samej? Myliłam się jednak. Najgorzej jest wtedy, gdy wiesz, że Twoje dziecko przeżywa prawdziwy dramat, a Ty zupełnie go nie rozumiesz. W dodatku nie bardzo wiesz, jak mu pomóc. Musiałam jednak coś z tym zrobić.

Wtedy postanowiłam zmienić swoje plany przeprowadzkowe. A był dość sceptyczny i oczywiście uznał, że przesadzam „jak zwykle”, ale jemu też było żal naszej córki i zgodził się spróbować. Pierwotny plan był taki, że przeprowadzamy się powoli, żeby zminimalizować chaos. W zaistniałej sytuacji postanowiliśmy maksymalnie szybko przenieść się z jednego domu do drugiego, żeby zdecydowanie przeciąć sytuację stresującą H. Okazało się to strzałem w dziesiątkę.

Przejdź milę w moich butach

Z perspektywy czasu widzę, że „tęsknota”, którą odczuwała H nie była w swej istocie żalem z powodu opuszczenia znanego mieszkania, a po prostu obawą przed zmianą. W momencie, w którym zmiana ostatecznie się dokonała i okazała się dobra, poziom stresu opadł. H nie wspomina swojego starego pokoju, zadomowiła się w nowym i świetnie się tu czuje.

Ja odebrałam cenną lekcję: strasznie trudno postawić się na czyimś miejscu, ale naprawdę dobrze jest to zrobić. Warto chociaż spróbować „przejść milę w cudzych butach”.

Please follow and like us: