Rodzicielstwo cz.2

rodzicielstwo

Pamiętacie posta Nowoczesna i Niezależna? Po raz kolejny okazało się, że był prawdziwy. 🙂 Lekka jelitówka u H całkowicie mnie zaabsorbowała i od dwóch dni nie włączyłam laptopa. Teraz Młoda jest już OK i odsypia, a jak odrabiam zaległości. 🙂

Dziewięć miesięcy strachu

Jeśli napisanie poprzedniego posta było trudne, to stworzenie tego wydaje się niemożliwością. Bo jak ubrać w słowa te wszystkie emocje, które targały mną przez kolejną ciążę?

Niespełna pół roku po tamtej koszmarnej nocy ponownie trafiłam do Kliniki, na rutynowy zabieg, który miał rozwiązać moje problemy. To pozwalało nieco optymistyczniej spojrzeć w przyszłość.

Kiedy wreszcie na teście zobaczyłam dwie kreski… Oczywiście, że się ucieszyłam, przecież właśnie tego chciałam, a potem za gardło chwycił mnie strach. Chwycił i już nie puścił. Możecie sobie wyobrazić to, że nie pamiętam, że byłam w ciąży? Oczywiście pamiętam wydarzenia tamtych dni, ale zupełnie nie pamiętam, że miałam wtedy ogromny brzuch.

Ani przez chwilę w tamtych dziewięciu miesiącach nie spodziewałam się dziecka. Byłam w ciąży, ale nie spodziewałam się dziecka. Nie wierzyłam, że będziemy mieli dziecko. Gdzieś w mojej głowie tkwiła myśl, że tym razem jakoś dotrwam do porodu, ale i tym razem nie będzie szczęśliwego rozwiązania, że stracę kolejną córkę, tym razem przy porodzie.

Przygotowania

Niby się przygotowywaliśmy. Kupiliśmy większe mieszkanie i zaczęliśmy urządzać pokój dla H, ale (mimo tego, że wszystko było dogadane) nie odebrałam do ostatniej chwili pożyczonych od przyjaciółki wózka i łóżeczka. Półtora tygodnia przed terminem cesarki, wreszcie przywiozłam do domu i wyprałam ciuszki od siostry.

Hania

Tego dnia do ostatniej chwili pracowaliśmy w naszym nowym mieszkaniu. A i mój tata tapetowali pokój H, mama sprzątała, a ja plątałam się pod nogami. W końcu A pojechał do pracy na nocną zmianę, a mnie rodzice odwieźli do domu. Zrobiłam sobie kolację, rozsiadłam się wygodnie w ulubionym fotelu przed telewizorem i… Przestałam czuć się dobrze. Wzięłam no-spę, ale nie pomogła. A potem zorientowałam się, że skurcze są niepokojąco regularne. Zadzwoniłam po tatę, a potem poinformowałam A (nie miał w pracy dostępu do telefonu), że jadę do Kliniki. Wkrótce po mnie i on tam dotarł.

I co?

I ciężko. Okazało się, że Młoda postanowiła wybrać karkołomny sposób przyjścia na świat. Jak? Nie główką, jak większość. Nie pośladkami, jak niektórzy. Tylko nogą i co gorsza zaczęła wprowadzać ów plan w życie. To oczywiście skomplikowało cesarkę i dołożyło mi stresu.

Zanim wjechałam na salę (musiałam oczywiście trafić na cesarkowy korek i byłam w kolejce trzecia) leżałam, trzęsłam się i byłam absolutnie przekonana, że oto spełniają się moje najgorsze lęki. Po niekończących się minutach oczekiwania, wreszcie się z H zobaczyłyśmy. To był ten moment, kiedy naprawdę cieszyłam się, że czasem nie mam racji. A potem znowu zaczęłam się trząść i przez następnych parę godzin nie przestałam.

Takie właśnie były trudne początki mojego matkowania…

Please follow and like us: