Witaj smutku!

Są w naszym życiu emocje, których wolałybyśmy nie przeżywać. Są sytuacje, których chciałybyśmy uniknąć. A jednak są one częścią naszej codzienności. Jak sobie z nimi radzisz?

 

Od dłuższego czasu temat, który chcę dziś poruszyć trafia do mnie z różnych stron. Chcę dziś napisać o smutku i o tym jak mało tolerancji mamy dla niego we współczesnym świecie. Chcę sprowokować Cię do zastanowienia się nad tym jak, nawet w naszym wiecznie narzekającym społeczeństwie, nie ma akceptacji dla bycia smutnym lub zdołowanym. Zauważyłam, że ludzie odwracają się od smutnych, jakby bali się, że to zaraźliwe.

Witaj smutku!

Moja droga do takich wniosków rozpoczęła się od lektury świetnego wywiadu z Jonathanem Rottrnbergiem autorem książki „Otchłań. Ewolucyjne źródła dla epidemii depresji” przeprowadzonego przez Cvetę Dimitrovą i Tomasza Stawiszyńskiego. Rozmowę możesz znaleźć w drugim numerze reaktywowanego Przekroju. Padły w nim słowa, które długo brzmiały w mojej głowie:

„Ludzie osiągają swoje cele wolniej, niżby tego chcieli. Na przykład media społecznościowe nieustannie upowszechniają fałszywe wrażenie, że wszędzie dookoła otaczają nas szczęście i spełnienie. Oto emocje, do których dążymy. Smutek czy poczucie niespełnienia ewidentnie tu nie pasują. Tymczasem rzadko kiedy podwyższony nastrój może się utrzymywać przez dłuższy czas. Żyjemy w kulturze, która permanentnie domaga się od nas radości, szczęścia i przebojowości. To niemożliwe.

Jeśli więc ktoś doświadcza niewielkiego obniżenia nastroju, od razu wydaje mu się, że coś mu się w życiu nie powiodło”.

Kiedy je czytałam pojawił się mi przed oczami stary mem, który zresztą sama kiedyś podałam dalej: Padłaś? Powstań! Popraw koronę i zasuwaj.

To takie oczywiste dla nas, że nie mamy czasu na chwilowe załamanie formy psychicznej i fizycznej. To takie oczywiste, że my i wszyscy wokół powinniśmy wciąż przeć do przodu z radosnym uśmiechem na twarzach. Naprawdę?

Podaj dalej

To nasze wypaczone przeświadczenie podajemy dalej. Przekazujemy je dzieciom, nawet jeśli nie robimy tego z premedytacją. Wystarczy przyjrzeć się naszym rozmowom. Co mówią rodzice, gdy ich dziecko się przewróci i zaczyna płakać? Nic się nie stało! A gdy zepsuje się ulubiona zabawka? To nie powód do płaczu. O szowinistycznych i bardzo krzywdzących chłopców komunikatach: nie rycz, nie bądź babą, nie wspominam, bo obawiam się, że odpłynę od zasadniczego tematu, ale pewnie wkrótce poświęcę temu cały post. Każdego dnia większość dzieci bombardowana jest przeróżnymi komunikatami wpajającymi im przekonanie, że smutek i płacz są złe.

Trudne rozmowy…

Ostatecznie impulsem do dzisiejszego posta stała się rozmowa z bardzo ważną dla mnie kobietą. Delikatnie mówiąc: ona ostatnio nie ma lekko. Zmarła jej mama. Zawodowo oboje z mężem stoją na niepewnym gruncie w związku ze zmianami w prawie wprowadzanymi przez nasz rząd. Do tego dochodzą codzienne zmartwienia związane z opieką nad dziećmi i prowadzeniem domu, połączone ze świadomością, że została bez „babciowego” wsparcia. Odniosłam wtedy wrażenie, że byłam pierwszą osobą, która nie odesłała jej do psychologa. Dlaczego?

Po pierwsze uważam, że ma absolutnie prawo do smutku i załamania w sytuacji, w której zawaliło się jej tak wiele spraw.

Po drugie dlatego, że jestem przekonana, że wychodzenie z takiego stanu wymaga czasu, a nie szukania dróg na skróty i cudownych rozwiązań. Na rany duszy nie istnieją magiczne plasterki.

Moja przyjaciółka jest silną kobietą, otoczoną przez kochającą rodzinę. Wie też, że o każdej porze dnia i nocy może liczyć na moje wsparcie i radę. To, co poradziłam jej teraz to, żeby zlokalizowała problem, z tych najbardziej palących, który najłatwiej będzie „odgruzować” i popracowała nad tym. Jestem głęboko przekonana, że gdy zobaczy pierwsze efekty swoich działań, poczuje przypływ sił. Podobnie o swoim wychodzeniu z depresji mówił we wspominanym wywiadzie Jonathan Rottrnberg.

Nie zrozum mnie źle. Nie jestem przeciwniczką terapii. Nie zgadzam się jedynie z propagowaniem opinii, że każdy smutek i załamanie należy leczyć.

Idą zmiany?

Żeby nie być jednostronną powinnam zauważyć, że co raz więcej rodziców dostrzega konieczność akceptacji dla wszystkich dziecięcych emocji. W wielu książkach o wychowywaniu mówi się o ich nazywaniu i pozwalaniu na przeżywanie także tych „złych”. Wiele znanych mi osób skutecznie wprowadza te rady w życie. Zdecydowanie gorzej jest ze stosowaniem ich w stosunku do siebie, a przecież dzieci uczą się najlepiej obserwując dorosłych.

Kiedy ostatnio sama dałaś sobie pozwolenie na bycie smutną? A może jednak kryjesz się ze swoim podłym nastrojem? Może, nawet gdy w środku Ci źle, zakładasz na twarz roześmianą maskę? Tylko czy to ma sens? Czego uczymy nasze dzieci udając wiecznie zadowolone z życia? Może najwyższa pora przerwać to błędne koło?

Please follow and like us: