Żart…

Po śmierci Marii Czubaszek , którą uważałam za bardzo zabawną poczułam potrzebę dołączenia, do założonej wtedy na Facebooku, grupy Czubaszki.

Czubaszki

Założeniem tej grupy było, a przynajmniej ja miałam wtedy takie wrażenie, rozpowszechnianie błyskotliwego, nieco ironicznego i czasem lekko złośliwego poczucia humoru cechującego jej zmarłą patronkę. Początkowo rzeczywiście tak było. Na grupie dominowały cytaty z Pani Marii, anegdoty z nią w roli głównej. Czasem także żarty wprawdzie z nią nie związane, ale trzymające pewien, dość wysoki, poziom. Później oblicze tego miejsca w sieci zaczęło się zmieniać. Komuś przeszkadzały zdjęcia zwierzątek (a przecież Pani Maria je uwielbiała), ktoś inny wrzucił „gruby” żart. Atmosfera ewidentnie się psuła. Któregoś dnia i ja nie wytrzymałam.

Żart?

Opublikowany w grupie przez jedną z jej uczestniczek „żart” opowiadał historię żony bitej przez męża pijaka, którego morał był taki, że trzeba „trzymać pysk zamknięty” (cytuję z pamięci, więc może nie być dosłownie), a wtedy mąż nie będzie bił. Skomentowałam. Napisałam, że w grupie, której patronką jest Maria Czubaszek, spodziewałabym się żartów na wyższym poziomie.

Był sobotni poranek, wyjeżdżaliśmy właśnie na zaplanowaną rodzinną wycieczkę. Telefon (a wraz z nim Facebook) wylądował w torbie i przez długie godziny do niego nie zaglądałam. Zrobiłam to dopiero wieczorem w domu i oniemiałam. Odpowiedzi do mojego komentarza na moment odjęły mi mowę, a potem skłoniły do szybkiego opuszczenia grupy.

Być może fakt, że nie odpisywałam na bieżąco, bardziej rozzuchwalił komentujących. Być może jednak nie miało to żadnego wpływu.

Komentarze

Komentowali jedynie panowie. Dowiedziałam się, że pewnie dlatego jestem PRZEWRAŻLIWIONA, bo sama mam „tak w domu”. Sprawdzili też mój facebookowy profil. Uznano, że studia na Uniwersytecie Śląskim nie nauczyły mnie poczucia humoru. Inny „dżentelmen” skomentował, że on na szczęście wciąż mieszka w kraju, w którym ludzie znają się na tym co zabawne.

Pracowałam w zawodzie, w którym spotkania z nieuprzejmymi (to bardzo łagodnie powiedziane) i odurzonymi alkoholem (kolejny eufemizm) klientami, są na porządku dziennym. Do moich zadań, należało także rozbrajanie takich „bomb”. Mam grubą skórę. Nauczyłam się wtedy, że obrazić minie mogą jedynie osoby, na których zdaniu mi zależy. Myślę tutaj o moich najbliższych albo o osobach, które uważam za swoje autorytety. Gdyby sama Maria Czubaszek powiedziała mi, że coś jest nie tak z moim poczuciem humoru, to bym się zastanowiła. Gdy pisze to facet, którego bawi, że mąż bije żonę, to mam to w… nosie. 😛

Równe chłopaki

Nie opisałam Ci tej historii, by kreować się na ofiarę hejtu, bo wcale tak się nie poczułam. To co mnie w tamtej chwili uderzyło najmocniej, to przekonanie, że w „prawdziwym” świecie, ci panowie najpewniej mają rodziny i uchodzą w swoim otoczeniu z inteligentnych i miłych. Jestem prawie pewna, że gdybyśmy spotkali się twarzą w twarz, to miałabym o nich jak najlepsze mniemanie.

Głowa w piasek

Mój problem z tą sytuacją leży także w tym, że choć dostałam parę „lajków”, to nikt z grupy nie odważył się poprzeć mnie choć jednym słowem.

Ostatecznie wyszłam z grupy, bo zdecydowanie nie lubię przebywać w niewłaściwym towarzystwie.

Cóż takiego dzieje się z ludźmi, że siadając do klawiatury uwalniają swoje najniższe instynkty? Czemu nawet tak luźne i stworzone z myślą o relaksie i zabawie miejsca, jak Czubaszki, muszą stawać się polem walki i wzajemnego obrażania? Naprawdę jesteśmy jako społeczeństwo tak spięci, że musimy wylewać swoje frustracje na każdego, kto się napatoczy? I wreszcie: czy znajdziemy w sobie dość cywilnej odwagi, by to zmienić?

Odpowiedź na te pytania, to chyba najtrudniejsze zadanie jakie staje przed polskim społeczeństwem w tych dniach.

Please follow and like us: