Czytnik czy nie czytnik, oto jest pytanie

Czarno-biały świat

Gdzieś głęboko w polskiej duszy zakorzenione jest przekonanie, że jeśli ktoś nie jest z nami, to musi być przeciwko nam. Widać to doskonale w życiu politycznym. Mur został postawiony i wszystko musi być czarne lub białe. Jeśli ktoś ośmieli się skrytykować PO, to niechybnie jest Pisiorem. I vice versa. Tylko lemingi PO mogą nie zgadzać się z wycinką Puszczy Białowieskiej.

Mylisz się jednak bardzo, jeśli myślisz, że podziały te dotyczą jedynie naszych poglądów politycznych. My po prostu uwielbiamy się dzielić! Kochamy ten czarno-biały świat!

Chcesz przykładów?

A proszę bardzo. Matki karmiące piersią kontra matki butelkowe; cesarki kontra porody naturalne; BLW kontra słoiczki. Zajrzyj na dowolne forum rodzicielskie i zadaj „niewinne” pytanie o zalety jednego czy drugiego, a potem rozsiądź się wygodnie z kubeczkiem herbaty w ręku i patrz na to co się wydarzy. Jeśli trafiłaś na kulturalne forum, to zwyzywają się najwyżej od idiotek.

I znowu. Nie tylko matki są takie zawzięte. Fora fotograficzne pełne są sporów zwolenników Nikonów i Canonów. Na tych motoryzacyjnych epitetami wzajemnie najpewniej obrzucają się jeżdżący dieslami i benzyniakami. I chociaż niewielu moich rodaków ma zwyczaj czytać książki, to i ta niewielka grupa znalazła powód to zbudowania barykady.

Czytnik czy nie czytnik

Szczęśliwie złożyło się tak, że osoby czytające literaturę piękną (i tą „niepiękną” w sumie też) są nieco bardziej kulturalne niż tak zwany ogół społeczeństwa. Pewnie właśnie dlatego wojna czytnikowców z papierowcami nie przybrała jeszcze rozmiarów konfliktu nuklearnego, bardzo się z tego cieszę, bo jako zamieszkała w pasie ziemi niczyjej pewnie ucierpiałabym najbardziej. 😉

Zacznijmy od podstaw

Kocham czytać, obcowanie ze słowem pisanym jest jedną z moich ulubionych form relaksu. Natomiast forma kontaktu jest dla mnie sprawą drugorzędną.

Nie oznacza to oczywiście, że jestem obojętna na pięknie wydaną książkę. Nie ukrywam tego, że jestem estetką i piękne przedmioty zawsze sprawiają mi radość. Doceniam także te stare, mocno zniszczone tomiszcza, kryjące w sobie historię kolejnych pokoleń, które z wypiekami na twarzy odkrywały niesamowity świat zamknięty pomiędzy okładkami. Źle toleruję natomiast odręczne notatki na marginesach, uważam je za zwykłe barbarzyństwo. Nie odnajduję też uroku w pozaginanych rogach czy zatłuszczonych kartkach.

Jestem osobą, która nie potrafi przejść obojętnie obok księgarni i są one stałym punktem programu naszych wizyt w Polsce. Podobnie, jak wielu fanów książek upajam się niepowtarzalnym zapachem świeżego druku.

Jednym z momentów, w których poczułam się zadomowiona na emigracji, był ten, gdy moje przywiezione z kraju książki znalazły wreszcie miejsce na nowym regale. Usiadłam wtedy na krześle ustawionym vis a vis, patrzyłam i uśmiechałam się do siebie. Wreszcie byłam w domu.

Czy to oznacza, że jestem po stronie papierowców?

Absolutnie nie! Przez dłuższy czas marzyłam o posiadaniu czytnika, a od kiedy wreszcie go mam, jestem jego wielką fanką.

Doceniam mojego Kindla przede wszystkim za jego użyteczność. Na tegorocznym urlopie przeczytałam w sumie trzy książki. Mieliśmy ze sobą jeszcze Hel3 Grzędowicza dla A i zebranych w jednym grubym tomie parę książek o Muminkach dla H. A gdzie niewielki zapasik dwóch książek dla mnie gdybym bardziej się rozpędziła? Wyobrażasz sobie walizkę z siedmioma opasłymi tomami i ubraniami dla trzyosobowej rodziny na dwa tygodnie? Wybacz, ja nie.

Czytnik jest także bardzo użyteczny, gdy zdarzy Ci się „wylądować” na emigracji (lub na urlopie przeczytać więcej niż planowałaś). W dobie księgarni internetowych i sprzedaży e-booków, mam natychmiastowy dostęp do większości nowości wydawniczych polskiego rynku. W dodatku najczęściej już w chwili premiery. Przyznasz sama, że to bardzo kusząca opcja.

Obalam mit

Pozwolę sobie przy okazji obalić jeden z argumentów przeciwników e-czytania. Chodzi o rzekomą podatność czytników na uszkodzenia . Podczas tegorocznego urlopu mój Kindle został zalany falą, która znienacka wdarła się w głąb plaży. Wyobraź sobie mieszaninę słonej wody i piasku zalewającą naszą matę plażową, a na niej wszystkie nasze rzeczy, w tym mój czytnik (telefonom też się oberwało). Byłam przekonana, że to koniec, ale się myliłam. Co więcej, nawet gdyby mój czytnik faktycznie dokonałby wtedy żywota, nie ucierpiałaby na tym żadna z moich książek. One wciąż istniałyby nie tylko na dysku twardym mojego komputera, ale także na stronach księgarni, w których mam konto.

A teraz pora na niełatwe wyznanie

Zdarza mi się kupować obie wersje książek. Robię to, gdy jestem pewna, że z przyjemnością wielokrotnie wrócę do tej lektury.

I tak od lat siedzę sobie okrakiem na barykadzie i doceniam wszystkie urocze odcienie szarości, które dostrzegam.

Ile ich tam było? Pięćdziesiąt? 😉

Please follow and like us: