Tom Hodgkinson Być rodzicem i nie skonać

Podręczniki…

Wydawać by się mogło, że pisanie podręczników o wychowywaniu dzieci to domena naszych czasów. Można by pomyśleć, że przed wiekami wychowywanie ich przychodziło naturalnie i nikt tych kwestii specjalnie nie rozważał. Tymczasem autor książki „Być rodzicem i nie skonać” opiera swoje założenia na traktacie napisanym przez Rousseau. Tak, tak. TEGO Rousseau, Jana Jakuba. Jeden z największych myślicieli osiemnastego wieku poświęcił jedno ze swoich dzieł rozważaniom nad metodami wychowawczymi. Co więcej, osiemnastowieczne matki uległy swoistej modzie na wychowywanie „à la Jean-Jacques”.

Podyskutować z filozofem

Tom Hodgkinson częściowo zgadza się z wielkim filozofem, a częściowo z nim polemizuje. Z tej dyskusji wynika całkiem sensowna teoria, która początkowo może szokować, ale po dłuższym zastanowieniu…

Pisałam już o tym, że do pewnego stopnia rodzice (choć oczywiście przodują w tym matki) dobrowolnie nakładają sobie jarzmo na szyję. Cóż, nie czarujmy się, i Ty, i ja z uśmiechem na ustach robimy z siebie niewolnice, męczennice ogniska domowego. Z troski (źle pojętej – według autora) próbujemy usunąć z życiowej drogi naszego potomstwa najdrobniejszy nawet kamyczek. Wyręczamy nasze dzieciaki we wszystkim, a one skwapliwie z tego korzystają.
Kluczowym postulatem książki „Być rodzicem i nie skonać” wydaje się bardzo kontrowersyjny: „Przywróćmy wyzysk nieletnich”.

Brzmi to bardzo źle. Wiem, ale argumentacja autora, moim zdaniem, nie jest pozbawiona logiki. Tom twierdzi mianowicie, że wyręczając swoje dziecko w pracach domowych (któż tego nie robi!) pokazujesz mu poniekąd jego niekompetencję. Odbierając równocześnie satysfakcję, jaką wszystkim ludziom daje poczucie dobrze wykonanej pracy. Każdy człowiek, ten duży i ten mały lubi podziwiać swoje skończone dzieło. Drobnostka, jaką jest pomycie wszystkich brudnych naczyń zalegających w zlewie, sprawia, że choć przez chwilę jesteś zadowolona. Wielu speców od produktywności zachęca do rozpoczynania dnia od ścielenia łóżka, twierdząc, że pierwsze dobrze wykonane zadanie optymistycznie nastawiają nas na cały dzień.

Czemu więc moglibyśmy chcieć pozbawić nasze dzieciaki tej przyjemności? Bo możemy zrobić to lepiej i szybciej? Bo mniej nabałaganimy?

Przyznasz, że argumenty za tym by jednak dopuścić dzieciaki do prac domowych (zdejmując je równocześnie z własnych pleców) brzmią logicznie.

Czy warto?

Czy to oznacza, że zgadzam się z autorem „Być rodzicem i nie skonać” w stu procentach jak z autorką „Pozytywnej dyscypliny”?

Nie. Moim zdaniem zbyt dużo jest luzu w jego wizji rodzicielstwa. Nie oznacza to jednak, że nie skorzystałam czytając ją. Powiem więcej. Zamierzam wiele z rad w niej zawartych wprowadzić w życie. To, że Tom proponuje czytelnikom więcej luzu niż uważam za słuszne, nie oznacza bowiem, że w moim rodzicielstwie nie jest potrzebne tego luzu więcej.

Myślę, że na brak takiego luzu cierpi większość rodziców współczesnego świata, dlatego Tobie także polecam zajrzenie do książki Toma.

Drobna ciekawostka

I jeszcze ciekawostka. Autor kilkukrotnie wspomina o Rugby School, jako o synonimie skostniałej instytucjonalnej szkoły, której szczególnie nie lubi. Ta szkoła wciąż w naszym miasteczku istnieje i nadal jest bardzo elitarna Dość powiedzieć, że wciąż można ją odnaleźć bardzo wysoko we współczesnych rankingach szkół UK. Mieszkamy dosłownie parę przecznic od niej i często mijamy jej majestatyczne mury. W tym roku Rugby School obchodzi jubileusz 450-lecia. Przyznasz, że to dość imponujące.

Po swój egzemplarz Manifestu rodziców na luzie możesz zajrzeć tutaj:

 

Please follow and like us: