Kokosowy interes

coconut-696541_1920

Kiedy byłam w ciąży, miałam okazję obejrzeć jeden z programów Kasi Bosackiej, w którym dość zdecydowanie rozprawiła się z parafiną. Dowiedziałam się z niego, że parafina zawarta w kosmetykach do pielęgnacji ciała może powodować zatykanie porów skóry. Tak zaczęła się moja obsesja jej tropienia i szukania rozwiązań bardziej naturalnych. Nie było to łatwe, bo paraffinum liquidum jest składnikiem wielu popularnych balsamów do ciała czy kremów do rąk. A kiedy kupowałam wyprawkę dla H, odkryłam, że jest też właściwie jedynym składnikiem oliwek dla niemowląt wiodących firm. Wtedy znalazłam dla niej oliwkę Hipp, której głównym składnikiem jest olejek migdałowy, a dla siebie kosmetyki z linii Pat & Rub, czyli marki Kingi Rusin, niestety nie są one tanie, więc szukałam dalej.
I znalazłam! Jakieś dwa lata temu natrafiłam w internecie na przepis na cukrowy peeling do ciała na oleju kokosowym. Spróbowałam i używam od tego czasu. Muszę się jednak przyznać do pewnego grzechu: nie doceniałam tego fantastycznego odkrycia, aż do ostatniego pobytu w Polsce. Ale po kolei. Zazwyczaj moje wypady do kraju ojczystego, oznaczają szaleństwo załatwiania różnych spraw, tym razem postanowiliśmy jednak po prostu odpocząć. H miała ferie, my też potrzebowaliśmy chwili wypoczynku. Postanowiliśmy, że załatwiamy tylko absolutne minimum, dlatego ten wyjazd był spokojniejszy od wszystkich poprzednich. Tym razem miałam czas nawet na pielęgnację. 🙂
Jestem brunetką o naturalnie ciemnych włosach. Marzę o depilatorze laserowym, ale nie używam tradycyjnego, bo mam potem problem z wrastającymi włoskami. Używam po prostu maszynki, a przez ostatni tydzień w Polsce razem z męskim żelem do golenia, który kupił dla siebie A. I wtedy zrozumiałam, jak bardzo nie doceniałam prostego i naturalnego rozwiązania, które stosuję w domu.
Przejdźmy do rzeczy. Peeling cukrowy, który stosuję na co dzień robi się z dwóch składników i ma trzy zastosowania. Tak, wiem. Też wymruczałam sobie pod nosem „takie rzeczy, tylko w Erze”, ale okazało się, że to prawda. Teraz możecie przekonać się też Wy, bo właśnie podzielę się z Wami moim odkryciem.
Przepis jest banalny: olej kokosowy + cukier. Ja mieszam w proporcji 1:1 i używam najzwyklejszego białego cukru, wymieszanego z najzwyklejszym olejem. Pora na wspomniane trzy zastosowania. Pierwsze – jako peeling. Najoczywistsze. Ziarenka cukru ścierają martwy naskórek. Drugie – jako balsam do ciała. Nie kupuję już żadnych innych, bo przy używaniu go co drugi dzień mam świetnie nawilżoną i natłuszczoną skórę. Trzecie – jako produkt ułatwiający golenie nóg. Zaskoczone? Już opisuję jak to wygląda. Najpierw peelinguję skórę. Później, gdy już cukier się rozpuści w wodzie, golę nogi wykorzystując pozostały olej kokosowy, który jednocześnie pielęgnuje moją skórę.
Zwróćcie uwagę na dwie rzeczy. Im grubsze ziarenka będzie miał cukier, którego użyjecie, tym ostrzejszy będzie peeling i tym dłużej będzie się rozpuszczał. Możecie też mieć problem ze skutecznym oczyszczeniem maszynki, bo trzeba to robić gorącą wodą, żeby wyczyścić z niej olej.
Sukces peelingu skłonił mnie do poszukania innych zastosowań oleju kokosowego. Używamy go razem z H, jako maskę na włosy (nakładamy na parę godzin przed ich umyciem), podobno świetnie sprawdza się też przy demakijażu (przetestuję, gdy skończy się mój płyn micelarny). Spróbujecie też? Ja polecam. 🙂

Please follow and like us:
  • gosia

    Dziękuję 🙂 nie wpadłam na to choć oleju kokosowego używam w kuchni. Też nie mogę stosować kosmetyków pełnych chemii bo wyskakuje mi jakieś podrażnienie….uczulenie

    • Ela

      Dla mnie olej kokosowy jest po prostu genialny.