Domowa książka kucharska

sushi-789820_1920

Mam marzenie, które na pewno zrealizuję, gdy wreszcie kupimy dom w UK. Marzę o dużej kuchni ze stołem, o przestrzeni do gotowania przeróżnych pyszności. A jest facetem, dla którego warto gotować – nie chwali tego co je, bo nie musi – jego mina mówi wszystko. Ja z kolei pokochałam gotowanie na kursie w Akademii Kurta Schellera prowadzonym osobiście przez mistrza. To był fantastyczny tydzień, wypełniony smakami i zapachami, których nigdy nie zapomnę. Jeśli tylko mielibyście taką możliwość, to szczerze polecam uczestnictwo.
Ponieważ oczyma wyobraźni widzę już moje królestwo, zaczęłam planowanie dań, które w nim powstaną. Nie przeszkadza mi w tym nawet świadomość, że najprawdopodobniej H oznajmi, że ich nie lubi zanim skosztuje. Wrzucę wtedy do piekarnika frytki, a na patelnię paluszki rybne i tyle. Może kiedyś moja córka postanowi jednak poznawać nowe smaki i dołączy do naszej uczty. 🙂
Z kursu Szefa Kurta przywiozłam mnóstwo przepisów na wspaniałe dania (A wciąż czeka na kurczaka w sosie estragonowym, którego mu obiecałam). Kupiłam też niezliczoną ilość książek kucharskich, a zanim się przeprowadzimy dokupię pewnie drugie tyle – jest to naturalną konsekwencją zestawienia miłości do książek z miłością do kuchni. 🙂 Mam dwa ulubione blogi kulinarne (poezja smaku i moje wypieki), z których czerpię garściami, wyszukuję przepisy na Pintereście. Efekt? Mam ogromną ilość przepisów, których jeszcze nie zdążyłam wypróbować, a w dodatku o istnieniu części nawet zapomniałam. Czemu? Cóż, wstyd się przyznać, ale po prostu mam w nich totalny bałagan i musiałabym przejrzeć wszystkie, żeby coś rozsądnego wybrać, a na to zazwyczaj nie mam czasu. Kończy się więc na tym, że gotuję coś, co znam. Najwyższa pora to zmienić. W tym tygodniu uporządkujemy nasze przepisy, a w następnym zapanujemy nad tygodniowym jadłospisem.
Po pierwsze, oczywiście musicie się zastanowić. Tym razem decyzja będzie dotyczyła formy, jaką przybierze Wasz „przepiśnik”. Możliwości jest parę. Może to być po prostu zeszyt, w którym zapiszecie wszystkie wypróbowane przepisy. Jest to tanie, ale trochę niewygodne rozwiązanie, bo trudno będzie odszukać konkretny przepis. Lepszy będzie segregator z przekładkami, które pozwolą na poukładanie przepisów według dań. Podobnie funkcjonować będzie pudełko z zalaminowanymi przepisami i przekładkami. Bardziej nowocześni mogą stworzyć elektroniczną bazę przepisów w komputerze osobistym. Moim wyborem jest segregator, ale w formie nowoczesnej. 🙂 W komputerze opracuję karty przepisów, które chciałabym zalaminować, żeby uchronić je przed zniszczeniem przy gotowaniu. A Wy co wybierzecie? A może macie jakieś inne pomysły na „przepiśniki”?
Kiedy już będziecie wiedzieli w jaki sposób chcecie przechowywać Wasze sprawdzone przepisy, zacznijcie je porządkować. Postarajcie się najpierw zebrać te, których używacie w tej chwili. Rodzinna kuchnia ma swoje okresy i przepisy, które dziś cytujecie z pamięci, za pół roku czy rok, mogą być wyzwaniem dla Waszego mózgu. Wiem to z własnego doświadczenia. Kiedy znalazłam w książce przepis na chilli con carne i moja rodzina go pokochała, gotowałam je „z głowy”, dzisiaj sięgam po przepis, bo nie gotuję go już tak często. Drugie w kolejności niech będą tradycyjne przepisy w Waszej rodzinie. Dzisiaj pluję sobie w brodę, że nie zapisałam przepisów moich babć, kiedy jeszcze żyły (tort makowy babci Ani przepadł chyba na zawsze, a poszukiwania receptury na ciasto drożdżowe babci Władzi trwają). Siądźcie z mamą, ciocią lub babcią i spiszcie ich przepisy, bo to jest Wasze rodzinne dziedzictwo.
Poza tymi sprawdzonymi macie pewnie też przepisy, które dopiero czekają na przetestowanie. Ja mam dwie plastikowe teczki. W jednej trzymam przepisy, z których jeszcze nigdy nie korzystałam. W drugiej takie, które już kiedyś robiłam, ale muszę jeszcze nad nimi popracować, bo mają jakieś mankamenty zdaniem mojej rodziny. Daję im dwie dodatkowe szanse w ramach ich dopracowywania. Takie, które okazały się całkowitą katastrofą lądują w koszu, najczęściej wraz z daniem, które z nich powstało. 🙂
Korzyści z utworzenia rodzinnego „przepiśnika” są wielorakie. Po pierwsze tworzycie książką kucharską, w której macie własne, sprawdzone przepisy, czyli kopalnię pomysłów na obiad. Po drugie wzbogacacie jadłospis Waszej rodziny. Po trzecie zyskujecie niebanalny dodatek do prezentu ślubnego, prawdopodobnie każda Młoda Para doceni taki gotowy zbiór. Po czwarte w ten sposób powstanie baza do budowania tygodniowego menu, a tym samym ułatwiacie sobie organizację zakupów i gotowania, a to przecież duża część organizacji domowego życia.
Dzisiejsze zadanie będzie lekkie, łatwe i przyjemne, a odnalezione przepisy mogą uszczęśliwić Wasze rodziny, nie ociągajcie się więc z rozpoczęciem prac. Do dzieła!

Please follow and like us: